Pasjonat jazdy na rowerze i fotografii. Przemierzył w swoim życiu setki kilometrów, łącząc przyjemność jeżdżenia na dwóch kółkach z uwiecznianiem na zdjęciach pociągów.

Co najbardziej w nich lubi? Jak przygotowuje się do swoich podróży? Czy ma na swoim koncie jakieś mrożące krew w żyłach przygody?

O miłości do rowerów i fotografowania pociągów rozmawialiśmy z Piotrem Łężakiem.

Anna Borkowska, portal senior24h.pl: Czy pamięta Pan moment, w którym narodziła się w Panu pasja do jeżdżenia na rowerze?

Piotr Łężak: Pasja do podróży rowerowych jest w sumie efektem wielu zdarzeń na przestrzeni całego mojego dotychczasowego życia. W wieku 3-4 lat ”krążyłem” po działce na dziecięcym trójkołowcu – który, dla ciekawostki, posiadał z tyłu półeczkę bagażową, co czyniło go takim mini pojazdem cargo 😉 Krok naprzód został podjęty wiosną 1996 roku, gdy zaczynałem naukę pedałowania na rowerku, jeszcze z bocznymi kółkami. Początki były dla mnie ciężkie i trochę oporne, ale szybko się uczyłem. Był nawet taki moment, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu rodzice dosłownie wmawiali mi, że umiem jeździć na rowerze – jakkolwiek bym nie był nauczony. Minęły dwa tygodnie wyjazdu, wsiadłem ponownie na rowerek i po prostu pojechałem… Przypływ nowej euforii sprawił, że faktycznie chciałem jeździć więcej i szybciej. Drugi etap nauki odbył się na pierwszym małym składaku z pomocniczym kijkiem z tyłu zamiast bocznych kółek. Poszedł mi on tak gładko, że właściwie to nie dziadek mnie wspomagał w czasie jazdy, tylko ja rozpędzony na składaku poganiałem dziadka trzymającego kijek. Bez takiego wsparcia wyrywałem się później nawet poza granice działki. Z tamtych lat mogę jeszcze wyróżnić wakacje z rodzicami nad morzem w Ostrowie k. Władysławowa, miałem wtedy niecałe 9 lat – prawdopodobnie był to jedyny raz w życiu, kiedy jeździłem rowerem po piaszczystej plaży! Co prawda jedynie wzdłuż linii morza, po najbardziej mokrym piasku, ale nawet dzisiaj to byłoby dla mnie ciężkie wyzwanie. Miesiąc czy dwa później moje ambicje sięgały wyżej, ucząc się na działce jazdy bez trzymania kierownicy – w dodatku na nierównej nawierzchni.

Prawdopodobnie jedyne wakacje w moim życiu, na których jeździłem rowerem po piaszczystej plaży (Ostrowo, czerwiec 2000 r.) .

Po kilku latach przerwy, w 2006 roku na dzień dziecka dostałem licznik rowerowy. Była to wtedy absolutna nowość w czasach rodzinnych wyjazdów z rowerami – wspaniale się sprawdzał na wycieczkach po zakątkach Austrii i Chorwacji. Jego funkcje, takie jak bieżąca prędkość, średnia prędkość i maksymalna wykręcona prędkość, albo dystans pojedynczej trasy czy dystans łączny, dostarczały mi wiele frajdy i nowych informacji, z których wtedy jako nieopierzony jeszcze nastoletni rowerzysta, nie zdawałem sobie nawet sprawy. Z czasem taka zabawa liczbami zaczęła mnie coraz bardziej kręcić i od roku 2007 stopniowo przekuwałem to w większą porcję wycieczek rowerowych, najpierw głównie po swoim rodzinnym mieście Łodzi – a w kolejnych latach, raz po razie, w coraz dalsze okolice województwa łódzkiego… i jeszcze dalej.

Anna Borkowska: Czy traktuje Pan ją bardziej jak sport czy może coś więcej?

Piotr Łężak: To jest dla mnie coś o wiele więcej niż sam sport czy codzienny transport. Rower od 12 lat jest moim niezależnym środkiem lokomocji, zarówno do przejazdów po mieście jak i do dalszych wyjazdów – ale nigdy jakoś w swoim duchu nie myślałem o nazywaniu tego sportem. Wycieczki rowerowe stały się dla mnie pewnym sposobem na życie – oprócz klasycznej istoty ”odskoczni od codzienności” stanowią dla mnie wieloetapową naukę radzenia sobie z różnymi przeszkodami. Udziały w latach 2009-13 w manifestacjach rowerzystów w mieście (w tzw. „Łódzkiej Masie Krytycznej”, którą organizowała Fundacja Normalne Miasto Fenomen) znacznie zwiększyły moją pewność siebie w poruszaniu się po miejskich ulicach i zaowocowały całkowitym odejściem od poruszania się chodnikiem – co w wielu przypadkach jest zresztą prawnie zabronione. Słyszałem od niektórych, że jeśli człowiek nauczy się swobodnie poruszać się po Łodzi (obojętne czy to autem czy rowerem), to tym bardziej swobodnie poczuje się na ulicach innych miast. Każdy mieszkaniec innego miasta może oczywiście w tej sentencji zamienić „Łódź” na swoje dowolne miasto – uczciwie jednak przyznam, że to właśnie łódzkie ulice uchodzą za najbardziej specyficzne w Polsce, gdzie bardzo często ma się do czynienia z licznymi gatunkami wybuchowych kierowców, w internecie zwanych np. „Autkową Rasą Panów” 😉

Oprócz takiej pewności siebie, ciągle uczę się racjonalnego podejścia do pierwotnie zaplanowanych punktów wycieczek rowerowych. Nie da się bowiem na jednej wycieczce zrealizować całego „programu”, jaki się od początku planowało – albo pogoda się popsuje, albo wiatr zawieje w twarz zamiast w plecy i zaburzy moje tempo, albo nazbierają się kolejne miejsca warte sfotografowania ze względu na swoją unikatowość. W pierwszych latach wycieczek z moim przyjacielem, Marcinem, (które skądinąd nagrywaliśmy i zmontowaliśmy z nich dwa ”sezony” dokumentów filmowych pn. „Martin & Pietrek Radtour Weltweit”), musiałem czasami w sobie kryć różne stopnie rozczarowania lub wręcz frustracji, że niektóre trasy wymarzone w mojej głowie pod koncepcje filmów z tych wycieczek, Marcin chciał zmienić na krótsze warianty z odkładaniem kilku miejsc na inny czas. My jednak jesteśmy bratnimi duszami przygód na rowerach i nigdy się nie kłóciliśmy we wspólnych rozmowach nt. przyszłych wycieczek – mogły być czasem niespokojne momenty, ale zawsze dochodziliśmy do porozumienia. Później ten sceptycyzm Martina okazał się dla mnie dobrą nauką dojrzalszego podejścia do stawiania sobie celów na rowerze – nauczyłem się weryfikować swoje możliwości, czy faktycznie moja kondycja pozwoli na zdobywanie kolejnych miejsc konkretnie wytypowanymi odcinkami; czy same te odcinki nie wymagają zmian, czy nie lepszy byłby odcinek dłuższy ale z lepszą nawierzchnią i dzięki temu szybszy, lub na odwrót; aż wreszcie – jeśli nie zdobędę jednego upragnionego miejsca dziś, zdobędę je innym razem, być może w lepszych okolicznościach niż bym się spodziewał. I na koniec esencja ”pokory rowerowej” – czyli mniej na siłę planować, a więcej rzucać na luz; „połykać” kilometry wraz z malowniczym krajobrazem dookoła i uwieczniać na fotografiach lub filmikach najpiękniejsze i unikalne miejsca. Oczywiście trzeba mieć zawsze na uwadze własny czas, kondycję i pogodę – ale to ”tylko” tyle i może ”aż” tyle mi potrzeba, by mieć dobrze zorganizowany wyjazd na rowerze.

Pamiątka pierwszych lat wycieczek rowerowych z Marcinem – ze wsi o nazwie Koniec Świata, po 107-kilometrowej trasie z Łodzi (sierpień 2010 r.) .

Wspólne zdjęcie z wycieczki na szczyt Klimczok z Bielska-Białej (kwiecień 2017 r.).

Anna Borkowska: Co sprawiło, że w pewnym momencie zainteresował się Pan koleją?

Piotr Łężak: W lutym 2012 roku odnalazłem ogłoszenie w internecie, w którym pewna organizacja pozarządowa szukała człowieka do montowania filmów promocyjnych. Zainteresowałem się ofertą i dołączyłem do wolontariuszy Zarządu Instytutu Spraw Obywatelskich (INSPRO). Okazało się, że trzeba było zmontować spot o 1% podatku na rzecz jednej z ich inicjatyw – „Tiry Na Tory”. Już od pierwszych stron otrzymanych prospektów o tej kampanii poczułem, że chyba naprawdę polubię kolej – tym bardziej, że wcześniej na wycieczkach rowerowych z Marcinem coraz częściej obserwowałem, jakiego on ma hopla na tym punkcie, gdy przejeżdżaliśmy lub wręcz zatrzymywaliśmy się na zdjęcia na niektórych szlakach kolejowych. W pewnym momencie sam zacząłem filmować więcej pociągów niż dotychczas – i wraz z pierwszymi nagraniami pociągów towarowych do spotu, narodziła się we mnie nowa, wspaniała pasja kolejowa.

Od razu pragnę zaznaczyć, że to nie było pierwsze transportowe hobby w moim życiu. Wszystko zaczęło się we wczesnym dzieciństwie, w wieku niecałych 5 lat, od fascynacji pojazdami komunikacji miejskiej, głównie autobusami. Udzielała mi się ona jednak na większą skalę niż poprzez samo bawienie się autobusikiem po domu – niemal odcięty od świata na rzecz swojej wyobraźni, trzymałem autobusik w dłoni i robiłem inscenizacje mijania autobusu koło moich oczu, tak jak normalnie na co dzień mijają nas pojazdy. Kilka lat później jeździłem do podstawówki w centrum, daleko od domu, bezpośrednim autobusem lub tramwajem z dziadkiem – a w tamtym czasie oddawałem się komunikacyjnej pasji w jeszcze ciekawszy sposób. Miałem 10,5 roku, gdy na działce wymyśliłem sobie linię autobusową, dla której ułożyłem dokładną trasę po różnych ścieżkach z nadanymi nazwami jak dla ulic. Rolę autobusu pełnił u mnie rower. Co więcej, zrobiłem nawet rozkłady jazdy ze wszystkich przystanków (wzorując się na rozkładach łódzkiego przewoźnika MPK), które wywiesiłem potem na drzewach udających przystanki; do swojego ”autobusu” porobiłem specjalne tabliczki z numerem linii (wymyśliłem sobie nr 118) i zaczęła się zabawa – wykonywałem wiele kursów, trzymając się rozkładu, nawet stawałem przed ”skrzyżowaniami” na wyobrażonych sobie ”światłach”, by nie przyjeżdżać na kolejne przystanki zbyt wcześnie. Mama do dzisiaj pamięta jeden moment, gdy z babcią wołały mnie na obiad, a ja długo nie przychodziłem, ponieważ siedziałem cały czas na rowerowym ”autobusie”, będąc na „służbie”! Mama w pewnym momencie podeszła do mnie na jeden przystanek, tuż przy schodach na taras, gdzie akurat podawano obiad do stołu – udała pukanie do mnie jak do okna, a ja wtedy kręciłem prawą ręką, jakbym otwierał szybę! Dopiero potem dałem mamie znać że zaraz przyjdę na zupę, jak tylko dokończę kurs – i jak zapowiedziałem, tak zrobiłem. Zjechałem na ”pętlę” i po ”zgaszeniu autobusu” wysiadłem z niego i poszedłem na taras zjeść obiad.

Niedługo później, wraz z przepisaniem się do innej podstawówki, tuż pod moim domem, moje komunikacyjne hobby odeszło na trochę w niepamięć i przerzuciłem się na samochody. Jednak z początkiem liceum w 2008 roku znów powróciła pasja autobusami i tramwajami – po części dlatego, że liceum miałem znowu daleko w centrum, nawet jeszcze dalej niż do pierwszej podstawówki. To była zresztą świadomą decyzją, bo miałem na tak długiej trasie od siebie bezpośredni tramwaj, więc jako zamiłowany podróżnik stworzyłem sobie atrakcję 😉 Ale potem głównym powodem stało się poznanie w swojej klasie Marcina, późniejszego przyjaciela, który okazał się być także zafascynowany komunikacją miejską – i to w większym stopniu niż ja – a przed wakacjami naszą znajomość dodatkowo umocniło wspólne zamiłowanie do wycieczek rowerowych, na które zaczęliśmy częściej razem wyjeżdżać. I właśnie w tamtym czasie odkryłem też u niego jeszcze większą fascynację koleją. Tak jak wspomniałem na początku, nasze trasy często wiodły przez różne szlaki kolejowe czy nawet nieczynne bocznice, aby uwieczniać nie tylko mijające nas pociągi pasażerskie i towarowe, ale też co niektóre budynki dworcowe i elementy infrastruktury.  W pewnym momencie zaczęło mi się to coraz bardziej podobać i kiedy zaangażowałem się w inicjatywę „Tiry na Tory” Zarządu INSPRO, to już sam na dobre wciągnąłem się w kolejową pasję – z którą szczęśliwie żyję do dziś.

W pewnym momencie sam zacząłem filmować więcej pociągów – i wraz z pierwszymi nagraniami pociągów towarowych, narodziła się we mnie nowa, wspaniała pasja kolejowa”.

Anna Borkowska: Co takiego jest w pociągach, co nie pozwala Panu przejść obok nich obojętnie?

Piotr Łężak: Kiedyś chyba bym jeszcze nie umiał na to pytanie odpowiedzieć, ale dzisiaj na pewno wyróżniłbym zanikające schematy malowań lokomotyw i wagonów. Dawniej na porządku dziennym były lokomotywy zielone lub noszące różne odcienie zieleni, takie jak ”trapezy” czy też tzw. ”żółte czoła”, ”budynie” czerwono-kremowo-białe, albo żółto-brązowe ”Rodzyny”. Większość wagonów pasażerskich była cała zielona lub czerwona (odpowiednio wagony klasy 2. i 1.). Obecnie nieliczna część z nich należących do spółki Przewozy Regionalne, przemalowana została w barwy jej marki PolRegio (czerwono-pomarańczowo-szare), powstałej pod koniec 2016 roku. Pozostałej większości wagonów spółki PKP Intercity zmieniono barwy na monotonne, szaro-białe, jedynie z zielonymi lub żółtymi pasami nad oknami, w zależności od klasy. Podobnie ma się rzecz z lokomotywami – dzisiaj niemal wszystkie posiadają malowania w kolorze niebieskim (głównie spółki PKP Intercity i PKP Cargo). Jednak dzięki inicjatywie części miłośników kolei z różnych zakładów taboru, mamy wśród czynnych lokomotyw także te ww. zielone lub też pomarańczowe barwy, które dziś są już uznawane za historyczne, albo przynajmniej nawiązują do dawnych wzorów malowań jednolitej wówczas spółki PKP.

Lokomotywa EP07-442, tzw. „Żółte czoło” – jedna z kilku z odnowionym tego typu historycznym malowaniem, jaką można dziś spotkać na szlakach kolejowych.

Lokomotywa EP08-001, jedyna czynna w historycznych, pomarańczowych barwach.

Kolejna rzecz to wnętrza wagonów lub elektrycznych zespołów trakcyjnych (w skrócie EZT) przed modernizacjami, które ostatnio też zdarza mi się uwieczniać na fotografiach w coraz drobniejszych szczegółach – od firanek czy tapicerowanych siedzeń w wagonach przedziałowych, po siedziska z dermy oraz klamki drzwi między członami w ”ezetach”. Te detale również stopniowo odchodzą do lamusa, głównie za sprawą modernizacji wagonów lub zakupu zupełnie nowych wieloczłonowych pojazdów. 

„Na długo w sobie ukochałem trójczłonowe, poczciwe jednostki EN57 – przede wszystkim za super wygodne, miękkie siedzenia z dermy, na których autentycznie można się odprężyć”.

Anna Borkowska: Czy ma Pan swój ulubiony model pociągu?

Piotr Łężak: Trudno mi powiedzieć, który typ pociągu jest moim ulubionym – kocham współczesną kolej taką jaka jest, zarówno starszej jak i nowszej generacji i nie dokonuję żadnych selekcji na lepsze i gorsze, zarówno zza aparatu na szlaku jak i z perspektywy pasażera. Nie ukrywam, że najmocniej jestem przywiązany do pociągów z wagonami przedziałowymi – mam w nich najwięcej miejsca na nogi, mogę wygodnie sobie usiąść przy oknie lub przy korytarzu (wygodniej niż w bezprzedziałowych członach EZT typu Pendolino, Stadler Flirt czy Pesa Dart), a do tego w przedziale można się zamknąć i poczuć się na trochę jak w swoim ”pokoiku marzeń”, z przemijającym malowniczym widokiem dookoła. Nawet gdy mój przedział jest pełny, to nie tylko nie przeszkadzają mi ludzie wokół, ale też wtedy na przelatujący krajobraz mogę spoglądać przez okno z drugiej strony, na korytarzu. Tam dodatkowo można rozprostować swoje kości, przespacerować się bez większych przeszkód po wagonie – czego kompletnie nie uświadczymy w żadnym autokarze, a w wagonach bezprzedziałowych jedyny ”wolny kącik” korytarza między drzwiami wejścia/wyjścia, przejściem między wagonami a drzwiami do WC , jest zdecydowanie mniej wygodny.

Na długo w sobie ukochałem także trójczłonowe, poczciwe jednostki EN57 produkcji wrocławskiego PaFaWag-u – przede wszystkim za super wygodne, miękkie siedzenia z dermy, na których autentycznie można się odprężyć, jeśli nie powiedzieć o zaśnięciu. Sentyment pozostanie szczególnie do ”przedziału z większym bagażem ręcznym”, w którym mogę przewozić rower – jest to zdecydowanie najwygodniejsze miejsce do tego przystosowane; można w nim zmieścić 6-8 rowerów i wciąż da się swobodnie przemieszczać po tym przedziale, plus ”dermy” na 3 osoby po obu stronach. W dodatku z obciążonym rowerem dużo łatwiej się wsiada i wysiada z takiego ”ezeta” niż z niejednego składu wagonowego PKP Intercity. Takiego komfortu podróżowania z rowerem nie zastąpi żadna z najmłodszych odmian zmodernizowanych jednostek EN57 ani nawet inne zespoły trakcyjne nowosądeckiego Newagu czy bydgoskiej Pesy.

Anna Borkowska: Którą ze swoich podróży wspomina Pan najlepiej i dlaczego?

Piotr Łężak: Wydaje mi się, że każdą podróż wspominam najlepiej! 😀 <śmiech> Na pewno nie da się nie mieć najlepszych wspomnień ze swojej rekordowej wycieczki, na której przejechałem najwięcej kilometrów w swoim życiu. To była przy okazji ostatnia ”wycieczka na rekord” spośród sześciu, którym ot tak nadałem wtedy nazwy „Misja Maraton XX” – gdzie ”iksy” były liczbami km do pokonania. W wakacje 2008 roku rozpocząłem od liczb 50, 70 i 100 km. Później pomyślałem o kontynuacji i na następne wakacje ułożyłem sobie program przejazdów na 120, 150 i 200 km – z których właśnie ten ostatni okazał się dla mnie nadzwyczajny. Ok. 2:30 w nocy wybrałem się na trasę w formie ”koła” o umownym promieniu ok. 30 km, gdzie środkiem „koła” była Łódź. Wielkie koło rozpocząłem od Szadku i jechałem dalej m.in. przez Poddębice, Ozorków, Głowno, Czarnocin, Dłutów, Łask i na koniec ponownie do Szadku, by stamtąd odbić na prostą drogę w kierunku domu. Udało się całą wycieczkę zamknąć w jedną dobę, dojeżdżając grubo po 23 do domu, mając na liczniku zanotowane aż 301 km! Nie docierało chyba wtedy jeszcze do mnie, jakiego szaleństwa dokonałem tamtego dnia. Kosztowało mnie to niespełna tydzień później nabawienie się bólów w plecach, od prawego barku po lewe biodro, przez co autentycznie poczułem się jak sparaliżowany. Od tramwaju ze szkoły ledwo udało mi się dotrzeć do domu, a po położeniu się na łóżku na wznak prawie mnie unieruchomiło. W tak nietypowych okolicznościach na dzień czy na dwa musiałem nawet opuścić lekcje w szkole. Mimo tego do dzisiaj nie żałuję tamtego szalonego wyjazdu – uważam, że warto było ten pierwszy raz przetestować swoją wytrzymałość nawet na takim dystansie, jakiego w najśmielszych snach bym nie przewidział. Być może było to pewne preludium do coraz dalszych podróży rowerowych, choć na pewno już nie w tylu setkach kilometrów naraz 😉

Anna Borkowska: Czy ma Pan na swoim koncie jakieś mrożące krew w żyłach przygody?

Piotr Łężak: Oczywiście! Oprócz pozytywnych wrażeń również i te najstraszniejsze potęgują piękno moich rowerowych przygód. Choć nie da się ukryć, że po jednej z nich być może niewiele mi brakowało do wyzionięcia ducha. Na jedną zimową wycieczkę rowerową z Marcinem, którą zainaugurowaliśmy nasz filmowy cykl „2010 Martin & Pietrek Radtour Weltweit”, byłem przygotowany zupełnie nieodpowiedzialnie, o ile tu w ogóle mogę mówić o jakichś przygotowaniach. Naszym celem była jedna wieś o ciekawej nazwie – Nowa Jerozolima (gmina Parzęczew, powiat zgierski) – oraz Ozorków, znany z nieistniejącej już linii tramwajowej 46 z Łodzi, będącej  wtedy jedną z najdłuższych w Europie. Niedalekie dla nas rejony, wydawałoby się. W dzień wyjazdu trochę zaspałem i wobec umówionego startu wycieczki… uznałem że ”nie zdążyłem” sobie przygotować prowiantu. I bez choćby grama jedzenia ani napoju (może poza kupioną w jakimś sklepie herbatą cytrynową po drodze) wyjechaliśmy ok. 10 rano z Martinem w bodajże -17°C (!), w środku stycznia, w naszą wycieczkę o końcowej długości 64 km. Pierwotnie bezstresowo zakładaliśmy powrót na godz. 16. Nic z tych rzeczy – z samego Ozorkowa wyjechaliśmy już niemal po ciemku, a do domów dotarliśmy dopiero między 19 a 20. Ja miałem gorzej, gdyż Marcin miał do siebie rzut beretem, natomiast ja musiałem jeszcze pokonać całą długość miasta do swojego domu. W dodatku musiałem obrać dłuższą trasę przez centrum, gdyż znacznie szybsza droga rowerowa wzdłuż jednej z głównych arterii była nieodśnieżona, o czym się uczciwie przekonałem jeszcze rano. Od dłuższego czasu dawało mi się we znaki zmęczenie i ciągły brak pożywienia, ale w ścisłym centrum było ze mną poważnie źle. Musiałem wiele razy się zatrzymywać dla nabrania oddechu, a i tak było tylko gorzej. Brak czucia palców w nogach czy w dłoni był niczym przy wrażeniu, jakbym tracił czucie nawet swojego korpusu – pierwszy raz w życiu mnie to spotkało. Nigdy nie wiadomo, jak mogło się skończyć to wychłodzenie w ponad dwudziestostopniowym mrozie po przejechanych na rowerze ponad 80 km bez właściwego pożywienia – być może za bardzo to w sobie wyolbrzymiałem, a być może ten jeden raz omal nie otarłem się o późniejszą śmierć. Na szczęście ostatkami zebranych sił dojechałem do domu – warto było nabrać świadomości w czasie zasłużonej awantury od zmartwionych rodziców i wyciągnąć wreszcie jakieś wnioski z własnej głupoty. Ta przygoda na krawędzi z pewnością przewyższa wiele moich stresów podczas jazdy we mgle w egipskich ciemnościach, gdy zaczynałem niektóre wycieczki wcześnie nad ranem. 

Z niedawnych dalszych wyjazdów z rowerem w Polskę, przeżyłem inną interesującą przygodę rok temu. Odbyłem jesienią wycieczkę po północnej Lubelszczyźnie, od Łukowa do Parczewa z fotografowaniem w drodze pociągów na objazdach odcinka Warszawa-Lublin. Po długim postoju w Radzyniu Podlaskim i zahaczeniu o oddaloną o dobre 6,5 km stację kolejową, zatrzymałem się jeszcze gdzieś na szlaku kawałek dalej. Wiedziałem już wtedy o ok. 40-minutowym opóźnieniu najbliższego pociągu do złapania, co pozbawiało sensu pozostania dla niego na tamtym szlaku przed ”sprintem” w kierunku Parczewa, na który miałem już niewiele czasu – a jednak gdy stamtąd wyjechałem o 5 minut drogi, nagle usłyszałem jakiś sygnał podobny do kolejowego i wróciłem się z powrotem na ten szlak. Nie tylko nie doczekałem się żadnego pociągu, ale i sam przejazd do Parczewa na powrotny pociąg jeszcze bardziej się wydłużył, gdy w pewnym momencie mapa Google zaprowadziła mnie ”najsprawniejszą” trasą z asfaltu w jakąś żwirową lub na zmianę piaszczystą drogę przez pola. Żeby było ciekawiej, zaczęło przy tym się zmierzchać i baterie w przedniej lampce powoli niedomagały. Spokojny sprint do Parczewa zamienił się w wyścig z czasem po polnych drogach, gdzie w jednym momencie jakieś 3 metry przede mną przebiegł jeleń, a później zerkając co chwilę w telefon z trasą na mapie, wjechałem w jakąś dziurę i przez nieuwagę zaliczyłem drobny upadek, tylko przypierając się dłońmi i czołem o glebę. To nie było nic groźnego, obeszło się bez ran, jednak musiałem stanąć na kolejne 2 minuty by się jakoś otrząsnąć i na spokojnie kontynuować jazdę. Ostatnie 10-12 km dłużyło się niemiłosiernie, a Parczew od północnych granic zaczął się tak wcześnie, że długo nie było widać jakiejkolwiek ”cywilizacji”. Gdy już po ciemku wreszcie trafiłem na większą drogę, niestety pomyliłem kierunki na niemal ostatniej prostej na ”główną” stację kolejową – musiałem zawracać niedaleko jakiegoś strzeżonego przejazdu, za którym znajdował się… przystanek Parczew Kolejowa, tyle że dla pociągów osobowych a nie dalekobieżnych. No i w tych okolicznościach po raz pierwszy na moich podróżach doszło do tego, że powrotny pociąg uciekł mi przed dojechaniem na właściwą stację – i to zaledwie o jakieś 2-3 minuty! Znamienne były moje wcześniejsze, trochę przez śmiech złośliwe modły, aby prowadząca tutaj pociągi lokomotywa bydgoskiej marki Pesa – znana z niegospodarności i licznych awarii swoich pojazdów wystawianych na próbę od razu na kursach z pasażerami, bez przejazdów próbnych – spóźniła się z tym pociągiem TLK „Polesie”, na który ostatecznie nie zdążyłem. Był to co prawda przedostatni pociąg w stronę Warszawy tego dnia, jednak przez 48-minutowe opóźnienie następnego (TLK „Pomarańczarki”), zamiast godziny z minutami, przeczekać musiałem przeszło dwie godziny. W międzyczasie udałem się do centrum miasteczka do jakiegoś bankomatu, na wypadek ewentualnych dopłat za bilet na inny pociąg – i to jeszcze na orientację, gdyż w telefonie rozładowała się bateria. Wtedy byłem jednak spokojniejszy, bo już wiedziałem o opóźnieniu pociągu. Gdy w końcu do niego wsiadłem, moje znamienne modły sprzed paru godzin dały o sobie znać nomen omen jakieś 2 km do jakiejkolwiek sieci trakcyjnej przed stacją w Łukowie – inna Pesa Gama na czele „Pomarańczarki” doznała wtedy właśnie awarii. Stanęliśmy w egipskich ciemnościach w szczerym polu. Zabrakło naprawdę niewiele do tego, abyśmy zostali dotoczeni na łukowski dworzec lokomotywą elektryczną, która i tak na nas tam czekała – a tak musiały minąć kolejne dwie godziny, by po nieudanych próbach reanimacji Gamy, ostatecznie ściągnąć spalinową lokomotywę aż z Bezwoli (między Radzyniem i Parczewem), która nas doprowadziła do Łukowa. Nie było już dla mnie mowy o skomunikowaniu z ostatnim tego dnia pociągiem z Warszawy do Łodzi, którym dojechałbym do domu koło północy – no więc znając już swoje losy, krążyłem sobie po wagonie między częścią zgromadzonych pasażerów, a dwójką biednych konduktorów szukających jeszcze wolnej lokomotywy w najbliższych okolicach i równolegle zgłaszających skomunikowania do dyspozytora. Nie mając co ze sobą zrobić, postanowiłem trochę ich ”wesprzeć” i zacząłem tłumaczyć co niektórym osobom ewentualne niejasności z ust konduktorów na prostszy język i dzięki temu pomogłem kilku pasażerom w sprawnej przesiadce na pociąg w kierunku Malborka, Trójmiasta lub Kołobrzegu. Po wymianie lokomotyw spalinowej na elektryczną w Łukowie, do Warszawy Wschodniej dojechaliśmy chwilę przed 1. Dostałem od chyba dwóch osób podziękowania za pomoc i instrukcje przesiadki dla ich znajomego. A mnie tymczasem czekała nadprogramowa ”nocka” w poczekalni – aż do godz. 5 nad ranem drzemałem na ławce z rowerem obok, do momentu podstawienia się pierwszego w nowym dniu pociągu do Łodzi. Dostałem jedynie nową miejscówkę, na szczęście obeszło się bez dodatkowych opłat. Ostatecznie do domu przyjechałem około 7:30 rano – zastając przy okazji jakże wymowny obrazek, w którym tata szykował się do wyjścia do pracy, podczas gdy ja wróciłem z aż 26-godzinnej wycieczki z przygodami. W zamian jako małą ”nagrodę” mogłem potraktować zwrot pieniędzy w wysokości połowy ceny za odcinek z Parczewa do Warszawy (ok. 35 zł). Śmiałem się potem, że jakbym miał planować kolejne takie podróże, to właściwie lokomotywy mogłyby się psuć częściej – przynajmniej na jeden raz rowerowo-kolejowa pasja się zwróciła 😉

Rower w pociągu dalekobieżnym – coraz częstszy obrazek na moich wyjazdach rowerowych w Polskę.

Anna Borkowska: W jaki sposób przygotowuje się Pan do swoich podróży?

Piotr Łężak: W sumie to zależy od głównych motywów wycieczek – czy chcę w większej mierze gdzieś pojechać jak najbliżej torów i pofotografować pociągi, czy wolę zwyczajnie zobaczyć jakieś miejsca. Ostatnimi czasy nie umiem planować wycieczek rowerowych bez postojów na pociągi, więc staram się łączyć jedno z drugim.

„Moje przygotowania do podróży zależą od motywów tych wycieczek – czy chcę w większej mierze gdzieś pojechać jak najbliżej torów i pofotografować pociągi, czy wolę zwyczajnie zobaczyć jakieś miejsca. Ostatnimi czasy nie umiem planować wycieczek rowerowych bez postojów na pociągi, więc staram się łączyć jedno z drugim”.

Tak jak codziennie miłośnicy książek czytają różne książki, tak i miłośnik kolei w mojej osobie codziennie studiuje rozkłady jazdy – wyszukuję najpierw połączenia powrotne do Łodzi z różnych miejsc, do których chciałbym przyjechać – a dopiero potem nakręcony na te nowe miejsca, szukam połączeń kolejowych doń z Łodzi lub okolic, by móc stworzyć w danym regionie jakąś ciekawą trasę rowerową. Ponieważ preferuję w tej chwili wyjazdy daleko poza rodzinny łódzki region, więc wiąże się to z wyjazdami rowerem w środku nocy na poranne pociągi i powroty z daleka do domu w środku następnej nocy. Trasy na rower układam w miarę kompromisowy sposób wspomniany na początku – łączę kilka bliskich od siebie interesujących punktów w jeden odcinek albo możliwie najsprawniejszy, albo wyznaczony wzdłuż torów lub przez chociaż kilka szlaków kolejowych, by tam właśnie mieć chwile przerwy na złapanie pociągów lub na prowiant. Wliczając przeprawy koleją z rowerem w obie strony, dystanse wycieczek przeważnie oscylują w przedziale 80-120 km, choć czasami zdarzają się dłuższe – to jednak zależy trochę od pory roku lub odległości do danego regionu, bywa że zaliczam z Łodzi od razu całą trasę rowerem i na koniec tylko wracam pociągiem.

Zwykle planuję wyjazdy jednodniowe, choć zdarzyło mi się w tym roku ”rozbić” jeden wyjazd na dwa dni z noclegiem – a mianowicie wzdłuż całej linii kolejowej Łuków-Lublin Północny, po której kursują objazdem pociągi od Warszawy do Lublina i vice versa. Pierwszego dnia z Łodzi do Łukowa pociągami, od Łukowa do Parczewa rowerem i z Parczewa pociągiem osobowym do Lublina na noc, a na drugi dzień rowerem z Lublina do Parczewa i stamtąd przez Warszawę do Łodzi pociągami do domu – oczywiście fotografując do kolekcji kolejne objazdowe pociągi do/z Lublina. Wtedy też pierwszy raz zdecydowałem się klasyczne ”sandwiche” zastąpić bułkami, za którymi nigdy wcześniej nie przepadałem, bo zawsze w nich czułem słony smak – ale po przygotowaniu sobie wyjątkowo bułek z szynką i dodatkowym ketchupem a’la „zapiekanki”, bardzo się przekonałem do takiej odmiany. Poczułem się po nich tak najedzony, że aż cała wycieczka potem przebiegła zaskakująco płynnie i spokojnie, do końca zachowując spory zapas czasu na powrotny pociąg. Do wieczora nie czułem głodu. Byłem po tym wyjeździe naprawdę szczęśliwy, że program dwudniowy zamiast jednodniowego tak wspaniale się sprawdził.

Mam za sobą też dłuższe wyjazdy, nie licząc rodzinnych z dalszej przeszłości – w 2014 roku na 5 dni dołączyłem z rowerem do przebywających na dłużej w Gdańsku Marcina i naszego jeszcze jednego kumpla z liceum; w wakacje 2016 roku spędziliśmy tydzień z rowerami na duńskiej wyspie Bornholm z Marcinem i rodzicami, a potem w latach 2017-18 były trzy kilkudniowe pobyty w Bielsku-Białej: jeden z Marcinem na majówkę i dwa samodzielne wakacyjne.

Anna Borkowska: Czy może Pan polecić naszym czytelnikom jakieś szczególne miejsca warte zwiedzenia i sfotografowania?

Piotr Łężak: W pierwszej kolejności wszystkim zapraszam oczywiście do swego rodzinnego województwa łódzkiego. Z ciekawych miejsc na szybko mógłbym wymienić lokomotywownię wąskotorówki w Rogowie, skansen taboru kolejowego w Zduńskiej Woli Karsznicach, ponad 850-letnią archikolegiatę w Tumie i skansen Łęczycką Zagrodę Chłopską w sąsiednim Kwiatkówku, a także Górę św. Małgorzaty, skansen rzeki Pilicy w Tomaszowie Mazowieckim czy rynki w centrach Łowicza, Łęczycy, Kutna i Piotrkowa Trybunalskiego. Warto odwiedzić też Spałę i okolice, z ruinami zamku w Inowłodzu. No i oczywiście warto zajrzeć do samej Łodzi – m.in. do Zajezdni Muzealnej Brus, oraz przebiegającej koło niej malowniczej linii tramwajowej do Lutomierska, po której w okresie wakacyjnym kursuje „Tramwajowa Linia Turystyczna” zabytkowym składem.

Z województwa śląskiego, w którym zawsze czuję się jak w ”drugim domu”, gorąco polecam ścisłe centrum Bielska-Białej nazywane „Małym Wiedniem”; zachęcam też do odwiedzenia Żywiecczyzny, zaliczenia trasy przez Międzybrodzia Bialskie i Żywieckie wraz z obejrzeniem zapory w Tresnej. Koniecznie warto zajrzeć też do Goczałkowic-Zdroju z urokliwym stawem Maciek, oraz wybrać się na trasę przez Zbiornik Goczałkowicki w kierunku Zabrzegu Czarnolesia, skąd dalej prowadzi żółty szlak rowerowy do Cieszyna. Bardzo sympatyczna jest też trasa rowerowo-piesza przez las z dobrą nawierzchnią od Strzebinia przez Kalety do Tarnowskich Gór, która w połączeniu z asfaltową drogą rowerową od Częstochowy do Konopisk wzdłuż dróg wojewódzkich 908 i 907 i dalej przez Boronów, stanowi świetny ciąg rowerowy w kierunku Katowic. Przyjazny dla rowerów jest także Park Zamkowy w Pszczynie, tam z kolei warto na dłużej zatrzymać się na rynku.

Z innych regionów mogę zarekomendować jeszcze Zespół pałacowo-parkowy Potockich w Radzyniu Podlaskim, no i oczywiście samo centrum Lublina z pięknie widocznym Zamkiem Lubelskim z placu Po Farze.

Anna Borkowska: Plany na przyszłość? Jakaś trasa do pokonania? Pociąg do sfotografowania?

Piotr Łężak: W przyszłym roku za priorytetowy cel postawiłem sobie Warmię i Mazury – głównie dzięki mojej dziewczynie, od której dostałem na ostatnie urodziny przewodnik rowerowy właśnie po tamtych rejonach, który do tej pory nadal przeglądam i wybieram stamtąd najfajniejsze dla siebie miejsca do zaliczenia. Jeśli chodzi o pociągi, to chyba będę polował na międzynarodowe na południu kraju – „Lazurowe Wybrzeże” relacji Moskwa–Nicea– Moskwa, które w przyszłym roku pojedzie m.in. krótkim odcinkiem niedaleko kanału Gliwickiego w okolicach Pławniowic, który zupełnie przypadkiem odkryłem na jednej z niedawnych wycieczek rowerowych. Ten pociąg już dwa razy udało mi się złapać wcześniej: raz w ubiegłym roku w południowych granicach Rogowa, przy okazji objazdów omijających najszybszą, Centralną Magistralę Kolejową;  za drugim razem w tym roku upolowałem go z trochę mniejszym powodzeniem w południowej części Kędzierzyna-Koźla, jadącego w kierunku Raciborza od strony Gliwic, gdzie dotąd nie był ten pociąg trasowany.

Drugim międzynarodowym pociągiem na moim oku jest NightJet „Metropol” relacji Berlin–Budapeszt/Wiedeń–Berlin, który w naszym kraju będzie nowością; wytrasowany zostanie od granicy niemiecko-polskiej przez Rzepin, Zieloną Górę, Wrocław, Opole, Kędzierzyn-Koźle, Racibórz i Chałupki w kierunku Czech.

Trzeci z nich to kursujący od 2 lat rosyjski skład Talgo z Moskwy do Berlina przez Terespol, Warszawę, Poznań i Rzepin. W nowym roku sprawa wyjazdu z rowerem na to Talgo może być o tyle łatwiejsza, że zyskam stosunkowo tanie bezpośrednie połączenie z regionu łódzkiego do Rzepina, gdzie Talgo planowo ma przejeżdżać między 5:30 a 6 rano – a wtedy na wiosnę/lato będzie już widno i pojawi się dobra okazja na sfotografowanie go. Czy coś z tych moich zwariowanych planów wyjdzie – to się jeszcze okaże. W piękno swoich pasji wierzę do samego końca 😉

Anna Borkowska: Dziękuję za rozmowę i życzę wielu udanych wojaży!

Piotr Łężak: Bardzo serdecznie dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników i obserwatorów portalu senior24h.pl! 🙂

Kliknij na wybraną ikonę poniżej aby udostępnić ten artykuł.

Redaktor Senior24h.pl Redaktor Senior24h.pl

Zmień czcionkę
instagram