Tematem mojego kolejnego tekstowego spotkania z Państwem będzie motywacja – coś czym absolutnie na serio i na 100% zajmuję się od jakiegoś czasu. Nie chcę jednak zagłębiać się czy drążyć problem z typowo coachingowego punktu widzenia. Staram się podejść do tematu niestandardowo, od „mojej” strony.

Każdy, kto chciałby zajmować się tego typu działalnością, w mojej ocenie, musi sam na sobie – NAJPIERW! – wypróbować metodykę podejmowanych czy proponowanych działań. Miewam, jak każdy, dni lepsze i gorsze, takie, w których przebiegnięcie 10 kilometrów jest jak kichnięcie, ale także tych, które tuż po otwarciu jednego oka, zdają się przekreślać dzień, choć jeszcze w ogóle się nie zaczął. Kiedy jest dobrze – świetnie, problem zaczyna się w chwili, kiedy dopada nas tak zwane jak mi się nic nie chce.

Niestety, przerwy świąteczne, weekendy, urlopy zazwyczaj owemu „niechceniu” są sprzymierzeńcem. Nie korzystać z nich? Bzdura! Korzystać i to w pełni. Warto jednak nastroić się nieco inaczej. Pomyślisz – mieć nieustannie na uwadze koniec wolnego i świadomość nieuchronnego powrotu do codziennych, często nużących zajęć. Też nie! Kiedy myślę o motywacji, mam na uwadze nie początek czegoś, co być może mnie zainspirowało, zaintrygowało, ale połowę drogi do celu i samo jego osiągnięcie, czyli szczyt – punkt kulminacyjny, który nierzadko może okazać się zwrotnym w akcji twojego życia. Dlaczego akurat połowę drogi? Badania dowodzą, że najczęściej ludzie dążący do osiągnięcia zamierzonego celu, przeżywają największe kryzysy w połowie drogi. Chciałoby się powiedzieć, kiedy słońce jest w zenicie. Osiąga wtedy najwyższe położenie, co za tym idzie, najbardziej grzeje, męczy do tego stopnia, że południowcy robią sjestę, a inni po prostu mają juz dość! Ta połowa jest nieodzownym elementem naszych wszelakich dążeń. Jakiś wysiłek już został włożony, efektów nie widać, bądź marne. Nie wolno jednak poddawać się zwątpieniu. Musimy być świadomi, że zniechęcenie plącze się za nami jak cień. Pytanie: na ile otworzysz mu drzwi, odkrywając swój brak motywacji? Ta rzeczona połowa, może być także połową twojego życia. Świetnie określa to Maria Pawlikowska – Jasnorzewska: Słońce stanęło w zenicie, oglądam się na przebytą drogę, to ma być moje życie? Patrzeć się na to nie mogę! Oby nikt z czytających ten tekst nie doszedł do tak przygnębiającej konstatacji. Choć z drugiej strony możemy to ugryźć nieco inaczej: a nawet gdyby tak było, to? No właśnie i tu znowu pole do popisu dajemy bohaterce niniejszego artykułu, czyli motywacji.

Warto czasem stanąć w zenicie swych dni i przyjrzeć się przebytej drodze. Jeśli nie możesz na nią patrzeć, spokojnie – wyciągnij wnioski dlaczego i zmień to co przemiany wymaga. Nie od razu wszystko. Po kolei, po trochu tak, aby kolejny raz nie ulec zniechęceniu. Bywa tak, iż wszystko jest nie tak jak być powinno, a sytuacja zdaje się być zobrazowaniem słów utworu Edwarda Stachury dom mój ostatnio ledwo stał na nogach, stół nawet przechylał się, kiedy jadłem obiad. Poeta idzie w tym utworze jednak dalej pisząc dobrze, że wróciłaś kwiaty w wazonie, znów oswojone cicho piją wodę. Ten poetycki wtręt, choć poetycki, wiele wspólnego z motywacją ma! Szukamy rozwiązań, porad psychoterapeutów, oglądamy filmy w sieci – to działa, tylko jest jedno małe „ale” – na krótki czas. Czy o taką motywację idzie? Absolutnie nie. Z poprzedniej myśli rodzi się kolejna: motywacja raz dana nie jest gwarancją także na złe, niepogodne wręcz depresyjne dni. Odnoszę wrażenie, że jest z nią trochę, jak z kobietą, no w końcu jest rodzaju żeńskiego: trzeba o nią wciąż się starać, zabiegać, myślę że nie będzie przesadnym stwierdzenie „podniecać” ją w sobie. Tak więc połowa drogi do sukcesu – celu, może okazać się nie do przeskoczenia. I nie przejdziesz obok tej niechęci obojętnie nie wyposażony w motywację. Tak się nie da! Niejeden mądrala edukowany poda ci mnóstwo sposobów na to, „jak być zmotywowanym”, ale jeśli nie wypróbował tego sam, nie będzie wiarygodny, uwierzysz mu raz, ale nigdy więcej. Trzeba nam informacji prostych, jasnych w przekazie i nie wymagających na początku zbyt wiele. Wykładamy się często dlatego, że zbyt wiele chcemy na raz. Według mnie pierwsza zasada motywacji brzmi: każdego ranka, nawet przy najmniejszej niechęci stawać w boju o jej podsycanie. Koniecznym jest motywowanie siebie nawet wtedy, kiedy należałoby tylko wynieść śmieci. Często stwierdzamy: a, to za moment. Jaki moment? Moment to jednostka miary? Czego? Jaka jest wartość tej jednostki? – pozwolę sobie zapytać. Wiesz co jest kluczowym właśnie momentem decydującym o tym, jaki będzie twój dzień? Poranne wstawanie. Tak. Jeśli już na starcie nowego dnia, kiedy słyszysz dźwięk budzika dajesz sobie przyzwolenie na jeszcze dwie minuty drzemki to mamy do czynienia z największym zagrożeniem, a zarazem absurdem całego dnia. Zagrożeniem? Tak, bo od tej decyzji zależy czy będziesz dziś robił wszystko na czas, czy zaczną się tzw. przekładanki: na później, na jutro, finalnie – na nigdy. Absurdem? Chyba nie będziesz mnie przekonywał, że dwie, trzy minuty drzemki będą miały wpływ na sprawniejsze funkcjonowanie i większą motywację w ciągu całego dnia? Pozostał nam jeszcze problem końca drogi – osiągnięcia celu, sukcesu, które jak wspomniałem, bardzo często również mają wpływ na motywację. Spotykamy tu często dwie możliwości. Pierwsza, kiedy zdobywam szczyt – cel, utwierdzam się przekonaniu, że było warto, co motywuje mnie jeszcze bardziej. Niestety bywa i tak, że zdobycie celu może grozić tzw. spoczęciem na laurach, czego nazbyt komentować nie ma sensu.

Okazuje się niekiedy, że sama droga do osiągnięcia celu dawała więcej satysfakcji niż jego zdobycie. Mimo wszystko potwierdza to moją regułę:

  1. Trzeba stawiać sobie cele,
  2. Ćwiczyć się w nieustannej motywacji
  3. Jak długo? Zawsze.

Korzyści? Zauważy je twoje otoczenie, zyskasz aprobatę i podziw. Dasz innym siłę, a co najważniejsze będziesz czuł się fair wobec samego siebie. A czy to czasem nie jest największą motywacją?

Ibooks for mac looks beautiful, on the other hand, and www.spying.ninja/cell-phone-spy-software-for-windows-phone has a great reading experience
Kliknij na wybraną ikonę poniżej aby udostępnić ten artykuł.

Krzysztof Bogalecki

Absolwent wydziału filologii polskiej UMK w Toruniu. Pracę magisterską poświęcił badaniom z zakresu fonetyki i fonologii. Swoje zawodowe życie dzieli między byciem: nauczycielem, dziennikarzem i prezenterem radiowo-telewizyjnym. Jako skuteczny mówca realizuje swoje talenty na ogólnopolskich scenach jako konferansjer. Na potrzebę dobrych produkcji telewizyjnych, bywa też aktorem.
Zmień czcionkę
instagram